Udostępnij:

Nie kryję się specjalnie z tym, że korzystam z narzędzi wspierających automatyzację niektórych procesów marketingowych. Dotyczy to także mojej obecności w mediach społecznościowych. Ostatnio podczas jednej z dyskusji na LinkedIn usłyszałem, że być może tak się nie powinno robić i że to zniechęca użytkowników. Rozważmy zatem plusy i minusy tego typu taktyk w kontekście personal brandingu, pozyskiwania ruchu i biznesu.

Mam nadzieję, że z tego tekstu wyniesiesz:

  • trochę informacji o zaletach i wadach wykorzystywania automatyzacji w social media
  • refleksję na temat sensu publikowania wielokrotnie tych samych treści

Buffer i inne aplikacje

Regularnie korzystam z Buffera, za pomocą którego publikuje swoje (stąd, z bloga Takaoto, z innych mediów) i cudze artykuły powiązane z tematyką marketingu i e-commerce. Po prostu ustalam kolejkę publikacji, dobieram parę słów komentarza i ustawiam w kolejce. To tak jakbym na fanpage na Facebooku zaplanował posty.

To oczywiście tylko część mojej aktywności, ponieważ regularnie tworzę nowe treści, które publikuję w kanałach społecznościowych zazwyczaj na świeżo, od razu po napisaniu. Ponadto udzielam się w dyskusjach, na rozmaitych grupach, przeglądam posty innych użytkowników na Facebooku, LinkedIn, Twitterze czy też Instagramie.

Nie powiedziałbym zatem, że moja obecność w social media jest jakoś przesadnie zautomatyzowana. Nie zmienia to faktu, że bardzo sobie cenię niektóre narzędzia jak wspomniany Buffer. Korzystałem też z innych jak np. Klout czy IFTTT, ale to inna historia.

Let the story begin

Generalnie wszystko zaczęło się od udostępnienia tej aktualizacji na LinkedIn. Zorientowałem się, że post zaplanowany za pośrednictwem Buffera opublikował się bez stosownego odnośnika. Kliknąłem więc “edytuj” i dodałem brakujący link:

post z social media

Chwilę później opublikowałem komentarz, w którym jasno daję do zrozumienia, że w poście  pojawił się błąd, że nie załączyłem odnośnika. Wywołało to nieco uszczypliwy komentarz Rafała Skarżyńskiego (którego swoją drogą cenię i z którym chętnie dyskutuję o różnych branżowych kwestiach). Zresztą najlepiej jakbyście rzeczywiście kliknęli ten link z poprzedniego akapitu i prześledzili krótką wymianę zdań:

Rafał Skarżyński

Rafał nie lubi automatyzacji w social media. Nie lubi też tzw. recyclingu treści. Nie jest w tej ocenie odosobniony, bo z krytyką tego typu działań, akurat na Twitterze, spotkałem się także chociażby ze strony Arka Sęgi. I ja to rozumiem, bo czasem można to doprowadzić do absurdu. Każdy, choćby średnio rozgarnięty użytkownik sieci zorientuje się, kiedy gada z automatem. Nie o takie społeczności walczymy, prawda? 🙂

Argumenty za automatyzacją publikacji

Jednak w pewnych sytuacjach ten bot, automat, czy też wcześniej zaplanowana publikacja, nikomu nie szkodzi. W przypadku dużych i aktywnych społeczności (a z takimi de facto mam do czynienia na LinkedIn i Twitterze) publikowane treści są bardzo efemeryczne. Czasem to kwestia kilku minut lub sekund (?) i jeśli dany tweet nie zostanie podłapany i podany dalej, polubiony przez parę osób, to nie wywoła specjalnie widocznego efektu i zobaczy go bardzo niewiele osób. Dlatego publikowanie tego samego wpisu parę razy nie jest tym samym, czym byłoby np. publikowanie w kółko tego samego na Facebooku.

Pamiętaj jaki chcesz osiągnąć efekt

Pamiętam też sprzed paru lat, jak bodajże Grzegorz Marczak z Antyweb wypowiadał się o Twitterze wyraźnie lekceważąc potencjał tego serwisu. Podkreślał, że Twitter jest źródłem znikomego ruchu dla artykułów publikowanych na Antyweb.

To wynikało, przynajmniej w mojej ocenie, z błędnego rozumienia natury Twittera. Zasadniczym celem obecności w tym medium nie jest dostarczanie ruchu (chyba, że masz news dnia w jakimś chodliwym temacie – np. sportowym lub politycznym).

Jednocześnie Grzegorz publikował swoje tweety jedynie z automatu, jako kopia tego, co wrzucił na Facebooka. Taka taktyka nie mogła się na dłuższą metę udać. Nie na taką skalę, jakiej można by było oczekiwać w kontekście tak popularnej marki jak serwis Antyweb.pl.

Wielokrotne udostępnianie tych samych treści

Osobiście, próbując wspomnianą ulotność i tempo publikacji na Twitterze (i czasem także LinkedIn, chociaż w mniejszym stopniu – tu także ma ogromny wpływ liczba kontaktów), chcąc dotrzeć z treściami do większej liczby osób, regularnie publikuję starsze posty. Mam ustawiony harmonogram i regularnie tworzę sobie kolejkę linków do publikacji – zarówno starych, własnych artykułów, jak i zewnętrznych mediów, które w mojej ocenie akurat warto polecić.

Jak widać automatyzacja ma swoje plusy i minusy. Jednak jak to wygląda w kwestii wielokrotnego publikowania, za pomocą dodatkowej aplikacji czy też nie, tych samych postów? Nie przedstawię jakiegoś raportu big data, ale podam jeden przykład. Będzie to zatem dowód anegdotyczny, który zgodnie z prawami logiki dowodem sensu stricto nie jest, ale mam nadzieję, że zainspiruje Was do własnych eksperymentów.

Napisałem jakiś czas temu artykuł dla E-Handel Magazyn: Wbrew wszelkim statystykom, przyszłość polskiego e-commerce widzę w czarnych barwach – to ten, który pojawił się w publikacji na LinkedIn z początku wpisu. Udostępniłem go zaraz po publikacji w swoich kanałach, ale po jakimś czasie (tygodniu, dwóch?) wrzuciłem go ponownie. Za pierwszym razem nie wywołał jakiejś większej reakcji wśród użytkowników LinkedIn. Za to drugim razem – wtedy, gdy Rafał krytykował to podejście – zrobił całkiem niezłą robotę.

Wczoraj zrobiłem screen ze statystyk:

statystyki wpisu linkedin

Dzisiaj zasięg (na screenie 1703; obecnie jest to 1769). Co dla mnie niezwykle istotne – osoby, do których docierała ta treść stanowią core target mojej komunikacji – marketerzy, kadra zarządzająca, sprzedaż etc. Były to w przeważającej większości osoby spoza mojego grona kontaktów. Skutkowało to także nowymi zaproszeniami:

statystyki wpisu

 

Komentarze są niby 4, ale to są komentarze w głównym wątku. Dodatkowych komentarzy, podczepionych pod komentarze z głównego wątku jest wiele więcej – jeśli kliknęliście w podlinkowany post z LinkedIn to pewnie zobaczyliście. Co więcej, zostałem zaczepiony na Twitterze, gdzie jeden z użytkowników odniósł się do sytuacji:

Maciej Korzeniecki Twitter

Na poniższym tweecie (z tego samego wątku) zobaczycie stan wyświetleń na 21.01, który pokazuje, że ów post cały czas robi robotę i zdobywa nowe wyświetlenia. Sam tweet dotarł do kolejnych setek użytkowników.

Można oczywiście kwestionować jakość tych wyników. Dla jednych będą satysfakcjonujące, na innych nie zrobią wrażenia. Jednak pamiętajmy, że gdyby nie automatycznie dystrybuowane treści z kolejki Buffera, to ten zasięg nie zostałby wygenerowany. Jeśli publikujesz te treści regularnie, nie spotykają się one z negatywną reakcją czytelników (oprócz Rafała 😉 ), budują zasięgi, pozwalają docierać do nowych osób (będących poza siecią kontaktów, ale w Twoim targecie!), to nie rozumiem, czemu miałbym tego nie robić 🙂

Drugie życie posta

Nigdy nie wiadomo, za którym razem post “zażre”. Ten temat pokazuje także mój stary post podsumowujący popularne artykuły z bloga Takaoto. Widać w nim jak na dłoni, że artykuły ponownie udostępniane w social media czasem przeżywają drugą młodość nawet parę miesięcy później:

Przykład 1:

popularność posta w social media

Przykład 2:

Popularność postu w social media

Najważniejsze wnioski

  1. Częściowa automatyzacja obecności w social media nie musi zabijać społeczności, nie musi być spamem, nie musi negatywnie wpływać na networking
  2. Automatyzacja pozwala dotrzeć do nowych odbiorców – potencjalnych klientów, partnerów biznesowych.
  3. Narzędzia bywają zawodne, ale to równie dobrze można powiedzieć o samym LinkedIn czy Facebooku (coś się może “nie załączyć” itp.).
  4. Jeśli tworzysz evergreen content, to wybrany materiał ma szansę trafić przy ponownym udostępnieniu na podatny grunt i zyskać popularność.
  5. Jednym z warunków sprawnej dystrybucji treści jest odpowiednio dobrana i liczna grupa docelowa (chociaż na Twitterze to w moim przypadku “zaledwie” 2041 followersów, a na LinkedIn mam 2538 kontaktów, więc to też nie są jakieś ogromne liczby z drugiej strony).
Udostępnij: