Masterchef kazał zaprzyjaźnić się dzieciom ze zwierzętami, a potem je ugotować. Smacznie.


Słyszeliście już pewnie o aferce w MasterChef Junior? Z jednej strony oczywiście kogoś po*#%ało, że wymyślił taki motyw. Z drugiej, mam mieszane uczucie, bo chciałoby się powiedzieć – bądźcie konsekwentni!

Kiedyś dziecko ze wsi wiedziało, którą świnkę z podwórka zjada. Teraz myśli, że szynka, schabik, w ogóle mięso, to coś, co zdejmuje się z półki supermarketu. Niby wiedzą, że to mięso świni, kury etc. Ale pozostaje to dla nich jakąś nienamacalną, odległą abstrakcją. Podejrzewam, że dla większości z Was również.

Dzieci nie chcą robić zwierzętom krzywdy. To naturalna empatia. Industrializacja, mass media, konsumpcjonizm (mówię tu o faktach społecznych, nie mieszając w to ideologii) – te zjawiska oderwały nas od tych procesów. Większość społeczeństwa nie tylko nie wie, jak przebiegają procesy produkcyjne w branży mięsnej, ale wręcz zapomina, że to, co ma na talerzu, to takie samo stworzenie, jak pies, z którym idzie na spacer. Może warto, aby dzieciaki wiedziały już w tym wieku, jak to jest naprawdę? Myślę, że wpłynęłoby to na postawy całych rodzin. Oczywiście nie chodzi o to, aby dowiadywać się w ten sposób. To, co pokazali producenci serialu to bezmyślność i tyle. To tak na marginesie – zostawiam każdemu do indywidualnej refleksji.

Ta sytuacja skłania też do refleksji na temat roli mediów. Podkreślę raz jeszcze – to, co wydarzyło się w programie MasterChef jest w mojej ocenie albo przejawem ignorancji albo być może też jakiegoś wyrachowanego sadyzmu (wobec dzieci…. i zwierząt), kto wie. Jednak największą ironią jest to, że media, poniekąd przypadkowo, pokazały, jak jest naprawdę i to wywołało falę oburzenia. Bo przecież oczekujemy od mediów (zwłaszcza telewizji, w którą gapimy się bezmyślnie – kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamień), aby nie wystawiały nas na konfrontację z rzeczywistością, a raczej niczym miękki narkotyk, pozwalały nam od rzeczywistości chociaż na chwilę uciec.